5.5 C
Warszawa
wtorek, 22 września, 2020

Kapryśna pogoda. Wielkanoc w kratkę [PROGNOZA POGODY]

Wreszcie poznaliśmy prognozy pogody na Święta Wielkiej Nocy w Polsce. Cały Wielki Tydzień zapowiada się ciepło i słonecznie, jednak już w lany...

Marek Jan Chodakiewicz: Wojna w USA

Neokonserwatywny Niall Ferguson z Uniwersytetu Harvarda wieszczy wojnę domową w Ameryce. Nawet mainstreamowy konserwatywny „National Review” zastanawiał się nad taką możliwością. Wcale nie jest to przesądzone, bowiem nasza konstytucyjna republika ma silne instytucje i elastyczne mechanizmy absorbujące rozmaite wstrząsy i wyzwania. Najpewniej uda się też i przemóc obecny kryzys.

Co kilkadziesiąt lat w historii Ameryki dochodzi do samokorekty albo przetasowania. Tylko dwukrotnie doszło w jej ramach do wojny domowej, a tylko raz sensu stricto. Najpierw w pierwszej połowie XVIII wieku zaczęło się do walki politycznej z germańskim królem Anglii oraz jego zwolennikami w Parlamencie w Londynie.

Chcieli oni ograniczyć prawa północnoamerykańskich kolonistów, którzy wciąż uważali się za lojalnych angielskich poddanych. Ale zaczęli uważać się za prześladowanych. Podkreślmy, że obowiązki, w tym podatkowe, które im ciążyły, były lżejsze od tych, które musieli znosić ludzie na Wyspach Brytyjskich. Mimo to amerykańscy koloniści podkreślali zasadę: „nie ma opodatkowania bez reprezentacji” (no taxation without representation).

Król i Parlament się nie zgodzili. W 1776 roku wybuchła rebelia i 13 kolonii wybiło się na niepodległość. Bunt był w istocie wojną domową, bowiem zapewne około 20% kolonistów czynnie popierało króla, podczas gdy chyba 25% czynnie dążyło do oderwania się od korony. A reszta albo miała to w nosie, albo przyglądała się, kto wygra. Wygrały Stany Zjednoczone Ameryki. Lojalistów wywłaszczono i wygnano do Kanady. Trochę zginęło na polu bitwy, kilku zostało powieszonych, wielu uciekło.

Kilka spraw jednak pozostawało nierozwiązanych w nowo powstałej republice. Bodaj najważniejszą były ograniczenia prawa wyborczego. Decydować w kongresie Stanów Zjednoczonych mieli tylko posiadacze własności – przede wszystkim plantatorzy z południa i plutokraci z północy. Większość mieszkańców nie mogła głosować – większość mężczyzn, wszystkie kobiety i naturalnie murzyńscy niewolnicy pozbawieni byli głosu. W latach dwudziestych XIX wieku zwykli Amerykanie zajęli się naprawianiem tej sytuacji. Symbolem tego oddolnego buntu był gen. Andrew Jackson, którego populiści wywindowali na prezydenturę. Prawo do głosowania stało się powszechne – dla białych mężczyzn.

Następna korekta nastąpiła w 1863 roku, gdy w Ameryce wybuchła wojna domowa północ-południe. Powodem było niewolnictwo. Zwyciężyła opcja antyniewolnicza, Murzynów wyzwolono, ale nie zapewniono im równouprawnienia. Tymczasem pojawiły się nowe zjawiska, które miały rozwiązać chroniczny amerykański problem braku rąk do pracy. Rozwiązano go masową imigracją z południowej i wschodniej Europy. Szkopuł w tym, że przybysze byli kulturowo niekompatybilni wobec dominującego paradygmatu WASP. Do lat dwudziestych XX wieku zdecydowano się zamerykanizować nowo przybyłych i ich dzieci. Jednocześnie odcięto dopływ nowych, kulturowo niekompatybilnych.

Lata sześćdziesiąte to kolejne przetasowanie w USA: początkowo najważniejsze były prawa człowieka, a szczególnie Murzynów, którzy doświadczali dyskryminacji rasowej. Za parawanem walki o sprawiedliwość weszły rozmaite lewackie radykalne patologie, w tym fantazje rewolucji seksualnej, na czele z normalizacją homoseksualizmu i feminizmu. Chodziło o ich uprzywilejowanie pod pozorem „równości”.

Na przełomie XX i XXI wieku patologie te opanowały główny nurt USA jako tyrania mniejszości seksualnych i etnicznych. Jednocześnie w celu niwelacji tradycyjnego paradygmatu amerykańskiego – eurocentrycznego, logocentrycznego oraz heteroseksualnego – napędzono ponownie imigrację z całego świata niezachodniego, promując multikulturalizm, który jeśli nie wyklucza, to przynajmniej znacząco zwalnia akulturację i asymilację nowo przybyłych. Co więcej, narusza antyamerykański model polityczny.

Od zarania republiki obowiązywała zasada rządów prawa i ograniczonego państwa. Teraz, aby zawiadywać patologiami seksualnymi oraz społeczeństwem multikulti, państwo zostało przez lewactwo rozdmuchane do niebotycznych rozmiarów.

Sytuacja taka wygenerowała straszliwy kryzys, obecnie smagający Amerykę. Ekstremami tego kryzysu, obrazującymi patologie drążące ten kraj, był wybór Baracka Obamy oraz Donalda Trumpa na prezydenta. Obama odzwierciedlał lewackie, rewolucyjne, patologiczne odchylenie, a Trump ma być twardzielskim, populistycznym antydotum na to skrzywienie. Coś w rodzaju demokracji Jacksona z lat dwudziestych XIX wieku.

Kryzys nie powstał sam z siebie, spontanicznie. Ukształtowano go od góry: brały w tym udział elity w USA. Tucker Carlson w pracy pt. „Ship of Fools: How a Selfish Ruling Class is Bringing America to the Brink of the Revolution” (Free Press, New York, 2018) pokazuje, jak superbogate postępowe elity są zupełnie wyalienowane od normalnych ludzi. Nie znają przeciętnych Amerykanów, nie mają pojęcia o ich przekonaniach i pasjach. Gardzą nimi. No, ale wiedzą lepiej, co dla ludzi jest najlepsze. I narzucają to wbrew woli normalnych w ramach ćwiczeń z inżynierii społecznej.

To oni wprowadzają marksizm-lesbianizm, multikulturalizm, nieograniczoną imigrację, ideologię „globcia”, sfałszowane pod dyktat ideologii badania uniwersyteckie oraz inne patologie. Wpychają dzieci do transseksualnych łazienek. Przytulają drzewa, zbawiają wieloryby, wsadzają na siłę wszystkich na rowery i każą odstawiać na bok samochody, chyba że mają one napęd elektryczny. Gadają o równości, a w rzeczywistości ustanowili hermetyczny system hierarchiczny lewactwa. Chcą wykończyć Amerykę. Albo spowodować wybuch rewolucyjny. I kontrrewolucyjny.

Nota bene dostaje się też neokonserwatystom za szaleńczą politykę zagraniczną. Wymusza ona bowiem na Ameryce niebotyczne sumy na finansowanie nieprzemyślanych wojen oraz kosztuje kraj sporo przelanej krwi. Carlson krytykuje dalej agencje federalne, szczególnie służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Są one po prostu dysfunkcjonalne. Operują często bez sankcji parlamentarnej. Napędzają tzw. głębokie państwo (Deep State). Są najbardziej aktywną tkanką wszechobecnej bizantyńskiej biurokracji, perwersyjnie paraliżującej Amerykę z Waszyngtonu.

Angelo Codevilla w książce „The Ruling Class: How They Corrupted America and What We Can Do About It” (Beaufort Books, New York, 2010) uważa, że nowa elita to po prostu postmodernistyczne objawienie gnozy. Rządzący kulturą gospodarką i polityką to gnostycy. Wydaje im się, że posiadają specjalną wiedzę, która umożliwia im przepowiadanie przyszłości, a zatem oni jedyni są namaszczeni, aby doprowadzić ludzkość do świetlanej przyszłości, raju na ziemi. Nie ma różnicy między Bushami, Obamami czy Clintonami.

Namaszczeni są święcie przekonani o swojej wyższości intelektualnej. O swojej wyższości moralnej. Tylko ich rozwiązania są jedynie słuszne. I tylko ich nie obowiązują zasady, które starają się nam narzucić.
Zaczęło się to jeszcze za F. D. Roosevelta w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Kluczem było zniszczenie tradycyjnych wartości Ameryki przez relatywizm. Gdy człowieka nic nie obchodzi, gdy nic nie jest święte, to taki obywatel jest gotowy przyjąć cokolwiek. I wciąż jak w postępowym kalejdoskopie funduje się mu nowe mody. Najlepiej podlewane narkotykami, bo wtedy bydło podporządkowane dyktaturze przyjemności jest bardziej spolegliwe.

Charles R. Kesler w tekście zatytułowanym „America’s Civil War” („Imprimis”, vol. 47, no. 10, październik 2018) podkreśla, że faktycznie Stany Zjednoczone podzielone są na dwa plemiona. I znajdują się one w stanie zimnej wojny ze sobą. Plemię tradycjonalistyczne uważa, że konstytucja USA – prosta i nieskomplikowana – stanowi trwałą i dobrą wskazówkę dla narodu.

Jest oparta na Prawdach Transcendentalnych. Jest uniwersalistyczna. Tymczasem plemię postępowe uważa odwrotnie. Według członków tej orientacji, USA mają „żywą konstytucję”. Czyli nie ma w niej żadnych prawd uniwersalnych, a tylko możliwość dostosowywania jej do każdej nowej sytuacji. Z tego wywodzą, że w konstytucji musi gdzieś być zapis o transgenderowych ubikacjach.

Prezydent Abraham Lincoln podkreślał, że Ameryka nie może egzystować podzielona. To jest schizofrenia, która nie ma racji bytu. Trzeba doprowadzić do zjednoczenia. Profesor Feliks Koneczny podkreślał, że człowiek nie może być cywilizowany na dwa sposoby, tak też i naród nie może mieć więcej niż jedną cywilizację. Objawia się to przypadłością, jaką obserwujemy, widząc psa goniącego za swoim ogonem. Kończy się to konfliktem i destrukcją.

Jeśli faktycznie w USA wybuchnie wojna domowa czy rewolucja, to nie będzie to głównie sprawa regionalna, a podział nie będzie przebiegać po linii północ-południe. Ameryka na wiele sposobów dzieli się obecnie na niebieską (postępową, multikulturową albo globalistyczną) oraz czerwoną (konserwatywną, populistyczną i patriotyczną).

Po pierwsze – rozdarte są rodziny. Często rozsądni, umiarkowani, normalni, a nawet konserwatywni rodzice są zaszokowani przez swoje własne dzieci, które w postępowych uniwersytetach zostają zindoktrynowane przez lewacką profesurę i biurokrację – głównie za pieniądze podatnika. Dzieci staną po stronie rewolucji, rodzice po stronie Ameryki.

Po drugie – miasta to często kocioł biedy, multikulti oraz sodomy i gomory. Po trzecie – jest wielka różnica między patriotycznymi, konserwatywnymi stanami wewnątrz kraju a lewackimi wybrzeżami. Po czwarte – nawet w najbardziej konserwatywnych regionach znajdą się enklawy lewactwa, na przykład Austin w Teksasie. Po piąte – postępowcy w poszukiwaniu spokoju przeprowadzają się za pracą do stanów konserwatywnych albo wyprowadzają się na dalekie przedmieścia z przesiąkniętych przestępczością i anarchią miast. I wtedy na przedmieściach, na wsi zaczynają wprowadzać swój system, który przecież spowodował, że musieli uciekać na wieś czy do innych stanów.

Jeśli rzeczywiście będzie wojna domowa, to w pierwszej fazie przypominać ona będzie Hiszpanię z 1936 roku. Chyba że ruszy się armia amerykańska i pojawi się tutejszy generał Franco. A jeśli lewactwo opanuje główne centra miejskie i okaże się zdolne zbudować aparat terroru oraz wojsko, to – zgodnie z paradygmatem rewolucji bolszewickiej – uda mu się opanować resztę kraju, stan po stanie, region po regionie.

Będzie ciężko, bo normalni Amerykanie są dumni, zdeterminowani i indywidualistyczni. Kochają wolność. A najważniejsze, że posiadają około 300 milionów sztuk prywatnej broni. W tym sensie tutejsi bolszewicy będą mieli dużo ciężej od pasożyta, który oblazł Rosję 100 lat temu.
Módlmy się, aby nie przemogli.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

- Advertisement -
- Advertisement -

Najnowsze

Stanisław Michalkiewicz: Zanim wrócimy do Stalinogrodu

– Panie Piperman, pan już wróciłeś ze szczytu klimatycznego w tym, jakże mu tam, Stalinogrodzie? – Panie Biberglanc, ja widzę, że pan spałeś całe 62...

Korwin-Mikke: Facebook usunął mi wpis. Szerzę „mowę nienawiści”

FaceBook usunął mi wpis – co zresztą jest zamykaniem wrót stajni, gdy konie już wyprowadzono, bo wpis był sprzed dwóch tygodni. Zablokował mi też...

Fakty i mity: Czy kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni?

Kiedy Janusz Korwin-Mikke mówił w ubiegłym roku, podczas debaty o konieczności wyrównywania płac w unioparlamecnie, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni dlatego, że są...

Olimpiada kłamców. Wybory wygrywają ci, którzy kłamią najwięcej

Kampanie wyborcze w demokracjach, to olimpiady kłamców. Wygrywają ci, którzy kłamią najwięcej i najbardziej przekonująco. Swoje rządy w Warszawie Rafał Trzaskowski rozpoczął od wycofywania się...

Rząd będzie handlował masłem? Prof. Gwiazdowski o socjalistycznych absurdach

Z profesorem Robertem Gwiazdowskim, ekspertem Centrum im. Adama Smitha, rozmawia Rafał Pazio. – W przyszłym roku ma być sporo podwyżek i nowych opłat. Najsłynniejsza to...

Nowa przewodnicząca CDU. Kontynuacja polityki Angeli Merkel

Wydaje się, że delegaci rządzącej w Niemczech partii wybrali nie tylko swoją nową przewodniczącą, ale też przyszłą kandydatkę do stanowiska kanclerza rządu RFN. Wybrali...

Łagodna rewolucja. Narodziny lemingradu

Trudności w opisie bieżącego życia politycznego, niejasnych i impulsywnych sympatii „elektoratu” wynikają po części z tego, że zaczynamy zapominać o PRL-u. Ta kraina zamienia...