5.5 C
Warszawa
sobota, 4 lipca, 2020

Kapryśna pogoda. Wielkanoc w kratkę [PROGNOZA POGODY]

Wreszcie poznaliśmy prognozy pogody na Święta Wielkiej Nocy w Polsce. Cały Wielki Tydzień zapowiada się ciepło i słonecznie, jednak już w lany...

Stanisław Michalkiewicz: Sielskie i atrakcyjne oblicze Antypodów

Zaktualizowany:

Zdecydowana większość spośród 25 milionów Australijczyków mieszka w miastach, które w zdecydowanej większości leżą na wybrzeżu – albo Oceanu Spokojnego, jak Sydney, Gold Coast czy Brisbane, albo nad Oceanem Południowym, jak Melbourne czy Adelajda, albo wreszcie nad Oceanem Indyjskim – jak Perth, które jest chyba najbardziej oddalonym miastem na świecie.

Najbliższe duże miasto, czyli Adelajda, leży w odległości prawie 3 tys. kilometrów od Perth. To tak, jakby między Warszawą a – dajmy na to – Madrytem nie było ani jednego większego miasta. W ogóle odległości w Australii są duże i np. z Sydney do Perth leci się odrzutowcem około pięciu godzin. Toteż jeśli dystans jest mniejszy niż 500 kilometrów, to na stosunki australijskie jest „blisko”.

Przed pięciu laty poznałem polskiego lekarza pracującego w Sydney, który codziennie dojeżdża do pracy 200 km – i to nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce. Codziennie zatem robi 400 km i najwyraźniej go to nie męczy. O ile jednak wielkie miasta są na ogół do siebie podobne – chociaż stare części Sydney i Melbourne mają swój urok, aczkolwiek są jakby miniaturą nowojorskiego Greenpointu, będącego, jak wiadomo, polską dzielnicą tego miasta – to już miasteczka leżące z dala od wybrzeża są sielskie, żeby nie powiedzieć: senne.

Jakże jednak ma być inaczej, skoro mają mniej więcej około tysiąca mieszkańców – jak się okazuje, przeważnie rentierów, a pozostałą część stanowią okoliczni farmerzy – bo w głębi lądu są farmy, gdzie w całkowitej albo prawie całkowitej swobodzie żyją stada owiec i krów. Opowiadano mi, że w odróżnieniu od farm na wybrzeżu, farmy w interiorze mają wielkość polskich powiatów, niekiedy nawet kilku.

Ci farmerzy na co dzień nie odróżniają się od innych; chętnie chodzą w klapkach i T-shirtach, chętnie popijają piwo – i dopiero gdy wybiorą się do Europy, zaczyna się zabawa. Na przykład w paryskim hotelu Ritz specjalnie przechowywano nuty kołysanki, którą specjalnie wynajęty muzyk grywał do snu takiemu owczarskiemu magnatowi – bo w Paryżu nie liczy się, a w każdym razie za moich czasów nie liczył się w towarzystwie nikt, kto nie miał jakiegoś dziwactwa.

Na przykład pani Helena Martini – właścicielka paryskiego imperium rozrywkowego i z tego tytułu nazywaną „Cesarzową Nocy” albo „Sprzedawczynią Marzeń” – miała takie dziwactwo, że nie miała samochodu, toteż nocami objeżdżała swoje imperium trzema taksówkami. W dwóch byli ochroniarze, rekrutowani, jak przypuszczam, spośród paryskich apaszów, a w środkowej – pani Martini.

Okrętem flagowym jej imperium było słynne „Folies Bergère”, ale należał do niego również „Rasputin”, w którym byłem pikolakiem, podczas gdy panie Helena Majdaniec i Irena Jarocka śpiewały w tamtejszym kabarecie. Któregoś razu poznałem tam rosyjskiego poetę Eugeniusza Jewtuszenkę – bo pani Martini, z racji owego „Rasputina”, poczuwała się do opieki nad bawiącymi w Paryżu Rosjanami.

Otóż Jewtuszenko był któregoś wieczoru przez „Cesarzową Nocy” w „Rasputinie” podejmowany, a że nie wylewał za kołnierz, to gdzieś koło północy zaczął bratać się ze wszystkimi dookoła, również ze mną, który ten stolik akurat obsługiwał ze względu na znajomość rosyjskiego. Podaję to do wiadomości, żeby podejrzenia, jakobym był ruskim agentem, były trochę lepiej uzasadnione niż dotychczas.

Ale dość tych paryskich sentymentów, bo przecież mam pisać o Australii, a konkretnie – o jej sielskim obliczu. Po raz pierwszy ujrzałem to oblicze nawet nie w Australii, tylko na Nowej Zelandii, gdzie pewnego dnia pojechaliśmy do kontemplacyjnego klasztorku. Jest tam kościółek o portalu ozdobionym groźnymi maoryskimi motywami – ale w środku, jak to w katolickich kościołach, pełno przyjaźni z zaświatów.

Zanim jednak tam weszliśmy, na spotkanie wyszła nam malutka, starsza już siostra, która wprost przykazała nam najpierw napić się kawy, zaprowadziła do kuchni, pokazała co i gdzie, a na moje pytanie, skąd jest, odpowiedziała, że z Libanu – po czym się ulotniła. Z tej kuchni wyszliśmy na taras, z którego rozciągał się zapierający dech w piersi widok na jezioro otoczone porośniętymi lasem górami. W takim miejscu rzeczywiście nic tylko kontemplować, zwłaszcza że – jak zauważył Ludwik Hieronim Morstin – Bóg objawia się również, a może nawet przede wszystkim przez piękno.

Sielskie enklawy

Podobna jest Marian Valley, leżąca około 40 minut drogi od Gold Coast. Tam z kolei jest klasztorek Ojców Paulinów, który z baraczku stopniowo rozrósł się do obecnej postaci, to znaczy budyneczku klasztornego, kościoła i drogi krzyżowej o rzeźbionych stacjach. Koło każdej stacji umieszczone zostały tabliczki sponsorów – no i tu historia nas dogoniła. Przy jednej bowiem pewna Polka umieściła tabliczkę ku pamięci jej brata Władysława, rozstrzelanego w 1943 roku przez Gestapo.

Akurat izraelski premier Netanjahu i jego minister spraw zagranicznych Izrael Kac oskarżyli Polaków o kolaborację z „nazistami” i wysysanie antysemityzmu z mlekiem matki. Może szkoda, że to nieprawda, bo w przeciwnym razie i ten Władysław pewnie zostałby rozstrzelany w ramach „kolaboracji” – no bo jakże inaczej? Ale na drodze krzyżowej się nie kończy, bo do sanktuarium przybywają, niekiedy z daleka, wyprawy ludzi pobożnych, dla których przygotowane są domki gościnne.

Wszystkie budynki są na palach – po pierwsze: żeby zapewnić lepszą wentylację, co w podzwrotnikowym klimacie ma swoje zalety, a po drugie: ze względu na zdarzające się od czasu do czasu ulewne deszcze, kiedy strumienie wody szorują po terenie. Oprócz tego są tu kapliczki poustawiane ku czci Matki Boskiej, ale i różnych świętych, przez rozmaite narodowości.

Jest kapliczka węgierska, stylizowana na chatę na puszcie, jest indyjska, w której Matka Boska ma charakterystyczną urodę, podobnie jak w kapliczce Sri Lanki. Jest kapliczka afrykańska, koreańska i wietnamska, a najdalej, już w gąszczu deszczowego lasu, stoi kapliczka australijska, w postaci posągu Marki Boskiej Gwiazdy Południa.

Osobliwością jej jest to, że posąg ustawiony jest w szczelinie potężnego fikusa. U nas ten ostatni rośnie w doniczkach, ale tam przybiera postać potężnego drzewa, które w dodatku ma tę skłonność, że dusi drzewa pobliskie, oplatając je swoimi gałęziami i konarami. W tym straszliwym uścisku drzewo obumiera i w objęciach tego fikusa widać wystający uschły kikut pnia drzewa uduszonego. „Kędy spojrzeć – wojna” – napisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, toteż i my powracamy do rzeczywistości.

Przeorem tego klasztorku jest ksiądz Wiesław, po zakonnemu – Albert, a oprócz niego jest tam jeszcze czterech ojców i jeden brat. Jednym z nich jest Australijczyk, duży i wesoły mężczyzna, patriota Nowej Południowej Walii, a zwłaszcza Sydney, które „jest najpiękniejszym miastem na świecie”; diakon Zachariasz – bo święcenia kapłańskie będzie miał dopiero w maju w Penrose Park, gdzie też są paulini i gdzie niedawno odbył się Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zorganizowany przez Stowarzyszenie „Nasza Polonia” w Sydney.

Nie wiem, czy tej inicjatywy nie „potępi” pan Gancarz, postawiony na fasadzie Instytutu Spraw Polskich, pracującego nad doprowadzeniem do doskonałości stosunków polsko-żydowskich – bo to chyba właśnie jemu, a być może jakimś jeszcze innym ormowcom zawdzięczam wszystkie moje graniczne przygody i szkalujące publikacje w australijskich gazetach.

Mimo że intencje miał z pewnością inne, wdzięczny jestem mu za reklamę, bo tylu publikacji nie było nawet na temat Adama Michnika, a wiadomo, że w środowisku dziennikarskim dobrze czy źle – byle z nazwiskiem. Wróćmy jednak do klasztoru, w którym również ojciec Zachariasz dość dobrze mówi po polsku, jako że przez rok studiował w Krakowie, a przez kilka następnych lat w Rzymie – ale najbardziej podoba mu się Sydney.

Po polsku – co prawda tylko kilka słów – mówi też brat Bruno, który jest Papuasem, pochodzącym z jednej z wysp na Morzu Bismarcka. Był on w Częstochowie, to znaczy na Jasnej Górze – i nawet bardzo mu się tam podobało, ale od drugiego dnia pobytu nie wychodził już z klauzury, bo wszyscy pielgrzymi, jeden przez drugiego, chcieli się z nim fotografować.

W rejonie sanktuarium panuje cisza – z wyjątkiem godzin porannych, kiedy to swój koncert dają kukubary, oficjalnie zwane kukaburami. To ptaki wielkości gawrona, ale podobne do zimorodka, zresztą należące do tej samej rodziny co on. Kukubara czy też kukabura wydaje odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech, a kiedy zbierze się ich kilka, to mogą rozbudzić nawet umarłego. Ale kangurom, które rankiem wychodzą z ukrycia, by się trochę pożywić soczystą trawą – bo w odróżnieniu od Penrose Park, gdzie eukaliptusy rosną na niemal gołej ziemi, w Marian Valley jest zielono – wcale to nie przeszkadza. Kukubarom nie przeszkadzają też odgłosy dalekich strzałów z pobliskiej bazy wojskowej, gdzie australijscy komandosi szkolą się do walk w dżungli i w ogóle w warunkach, gdzie trzeba walczyć nawet o przetrwanie.

Ale nie tylko żołnierze walczą o przetrwanie. Walczy o nie również pan Janusz spod Brisbane. Ukończył był on przed laty salezjańską szkołę zawodową w Oświęcimiu i jest stolarzem. Narzeka jednak na upadek rzemiosła, wykańczanego przez chińską i wietnamską konkurencję, a także na koszty drewna. Na przykład dębowa deska calówka długości półtora metra kosztuje podobno 180 dolarów – bo dęby w Australii zostały dość dokładnie wytrzebione, a drewno eukaliptusa jest zbyt twarde, by nadawało się do stolarskiej obróbki. Pan Janusz pokazywał nam swoje wytwory, które – jak np. stojący zegar – stanowią prawdziwe dzieła sztuki. Obawiam się jednak, że wraz nim zakończy życie również jego warsztat, bo dwoje dzieci zostało wykształconymi na uniwersytetach fizykami; córka jest nawet uczonym doktorem – zaś trzeci syn zajmuje się rehabilitacją, a nie stolarstwem.

Oblicze rozrywkowe

Ale Marian Valley leży niedaleko Gold Coast, które jest miejscowością wypoczynkową, podobną do Miami na Florydzie. Jest tam piękna i rozległa plaża, nad którą przebiega deptak, a po drugiej stronie ulicy piętrzą się wieżowce, to znaczy hotele. Na deptaku, jak to na deptaku – są stragany, podobnie jak u nas w Świnoujściu – ale też są wygodne ławki, a nawet leżaki, na których można się położyć i zażywać tamtejszego słońca, chłodząc się widokiem Oceanu Spokojnego, a jeśli ktoś ma ochotę – to i piwem, którego można napić się w licznych barach po drugiej stronie ulicy. Siedząc pewnego razu na ławce, usłyszałem polską mowę i okazało się, że to krakowianie, którzy przyjechali tu z Melbourne, gdzie bawią z wizytą u rodziny.

W Gold Coast nie spodziewałem się, że w ogóle ktokolwiek przyjdzie na spotkanie – a tymczasem zjawiło się około 40 osób i rozstaliśmy się dopiero po prawie czterech godzinach. Następnego dnia pojechaliśmy do Brisbane, gdzie było następne spotkanie – z udziałem około 150 osób. Sytuacja była o tyle zabawna, że w tym samym czasie podjudzone przez pana Gancarza australijskie gazety pisały, że australijska Polonia mnie „potępia”.

Tymczasem ja żadnych oznak „potępienia” ze strony tutejszej Polonii nie zauważyłem, przeciwnie – nacechowane życzliwością zainteresowanie. Okazuje się, że pod pewnymi względami wszędzie jest tak samo, bo cóż innego mogłaby napisać taka – dajmy na to – „Gazeta Wyborcza”, gdyby wychodziła akurat w Australii? „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy” – i pewnie dlatego właśnie atmosfera bywa niekiedy ciężka – a nie od smogu, z którym bohatersko walczy pani Grażyna Wolszczak.

Z Brisbane polecieliśmy półtora tysiąca kilometrów na północ, do miasta Cairns, skąd już następnego dnia popłynęliśmy szybkim katamaranem na Wielką Rafę Koralową i już po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Rafa jest widoczna nawet z bliska, bo o ile woda w Pacyfiku jest niebieska, to nad rafą nabiera koloru seledynowego. Rafa bowiem nie stanowi jakiegoś zwartego bloku, tylko jest ciągiem seledynowych „jeziorek” – mniejszych, większych i olbrzymich – co widać dopiero z samolotu, którym wracaliśmy do Sydney, lecąc ponad godzinę nad oceanem.

Na razie jednak, pod kierunkiem uprzejmych członków załogi katamaranu, pozakładaliśmy na siebie kombinezony do pływania i maski z rurkami umożliwiającymi oddychanie. Skoczyłem odważnie do wody, ale wkrótce zorientowałem się, że nawet przy tzw. spokojnym morzu pacyficzna fala już nie dla mnie. Pływać to ja mogę już tylko na basenie, więc przez resztę dnia tylko się przyglądałem, jak pływają i nurkują inni, w czym towarzyszył mi mówiący po francusku Amerykanin z San Jose w Kalifornii.

Następnego dnia wybraliśmy się na przejazd przez las deszczowy wąskotorową kolejką, której XIX-wieczne wagony były podobne do tych, jakie można zobaczyć w westernach. Widoki niesamowite, bo nie tylko potężne drzewa deszczowego, tropikalnego lasu, ale i wodospady, przy których pociąg się zatrzymywał, żebyśmy się napatrzyli. Dojechaliśmy wreszcie do małej stacyjki, gdzie kiedyś można było podsłuchać rozmowę pasażera z zawiadowcą: „teraz, proszę pana, nie odchodzi już żaden pociąg, ale niech pan zostawi swój adres, to panu napiszemy, kiedy będzie następny”. Toteż drogę powrotną odbyliśmy kolejką linową, skąd mogliśmy ten las obserwować z góry – i dopiero z tego miejsca można było ocenić wysokość tamtejszych drzew.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, toteż po powrocie do Sydney odbyłem jeszcze jedno spotkanie w Marayong z udziałem prawie 400 uczestników. Następnego wieczoru byliśmy już na lotnisku, odlatując do Polski. Potwierdziło się, że na skutek donosu pana Gancarza trafiłem już na stałe do systemu, bo mój paszport funkcjonariusze straży granicznej odebrali, przez 40 minut telefonowali do jakichś ważniaków, aż wreszcie mi go oddali i już byłem wolny jak ptaszek, bo wiedziałem, że ani w Abu Dhabi, ani w Paryżu żadna niespodzianka na razie mnie nie spotka – chyba że w Warszawie, gdzie walka z „mową nienawiści” zaostrza się niczym walka klasowa w miarę postępów socjalizmu.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

- Advertisement -
- Advertisement -

Najnowsze

Stanisław Michalkiewicz: Zanim wrócimy do Stalinogrodu

– Panie Piperman, pan już wróciłeś ze szczytu klimatycznego w tym, jakże mu tam, Stalinogrodzie? – Panie Biberglanc, ja widzę, że pan spałeś całe 62...

Korwin-Mikke: Facebook usunął mi wpis. Szerzę „mowę nienawiści”

FaceBook usunął mi wpis – co zresztą jest zamykaniem wrót stajni, gdy konie już wyprowadzono, bo wpis był sprzed dwóch tygodni. Zablokował mi też...

Fakty i mity: Czy kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni?

Kiedy Janusz Korwin-Mikke mówił w ubiegłym roku, podczas debaty o konieczności wyrównywania płac w unioparlamecnie, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni dlatego, że są...

Olimpiada kłamców. Wybory wygrywają ci, którzy kłamią najwięcej

Kampanie wyborcze w demokracjach, to olimpiady kłamców. Wygrywają ci, którzy kłamią najwięcej i najbardziej przekonująco. Swoje rządy w Warszawie Rafał Trzaskowski rozpoczął od wycofywania się...

Rząd będzie handlował masłem? Prof. Gwiazdowski o socjalistycznych absurdach

Z profesorem Robertem Gwiazdowskim, ekspertem Centrum im. Adama Smitha, rozmawia Rafał Pazio. – W przyszłym roku ma być sporo podwyżek i nowych opłat. Najsłynniejsza to...

Nowa przewodnicząca CDU. Kontynuacja polityki Angeli Merkel

Wydaje się, że delegaci rządzącej w Niemczech partii wybrali nie tylko swoją nową przewodniczącą, ale też przyszłą kandydatkę do stanowiska kanclerza rządu RFN. Wybrali...

Łagodna rewolucja. Narodziny lemingradu

Trudności w opisie bieżącego życia politycznego, niejasnych i impulsywnych sympatii „elektoratu” wynikają po części z tego, że zaczynamy zapominać o PRL-u. Ta kraina zamienia...